O autorze
Monika Kaczmarek-Śliwińska, doktor nauk ekonomicznych, pracownik naukowy Wydziału Humanistycznego Politechniki Koszalińskiej. Biegła sądowa z zakresu mediów i komunikacji społecznej.

Autorka trzech monografii oraz prawie stu artykułów naukowych i publicystycznych. Koordynatorka oraz członkini zespołów badawczych w zakresie komunikowania się i nowych mediów. Jest trenerem i doradcą w obszarze komunikowania się i public relations (strategie wizerunkowe, media tradycyjne i nowe media, zarządzania kryzysowe) oraz ekspertką KRRiTV w zakresie edukacji medialnej. W latach 2011-2013 Wiceprezes Zarządu Polskiego Stowarzyszenia Public Relations oraz członkini dwóch kadencji Rady Etyki Public Relations (2010-2014). Laureatka nagrody branży public relations PRotony 2013 oraz nagrody Polskiego Stowarzyszenia Public Relations Lwica PR 2013. W 2015 r. nominowana do nagrody profesjonalistów PR Prowly „Mistrzowie drugiego planu”.

Zafascynowana Tatrami i Witkacym. Od dwóch lat trenuje Krav Maga.Czasami zbyt naiwnie wierząca w ludzi i ich intencje, empatyczna, potrafiąca cieszyć się z drobiazgów, szanująca innych ludzi, pozytywnie myśląca, doceniająca nawet małe chwile szczęścia...

Kontakty:

monikakaczmarek-sliwinska.pl
paczakutek.blox.pl
Facebook
Twitter
Pinterest

Wołyń. Nigdy tego nie zrozumiecie…

Nie będzie to kolejna recenzja „Wołynia”. Raczej kilka uwag, które siedzą we mnie od wczoraj, gdy wreszcie odważyłam się zobaczyć film. Najpierw czekałam z niecierpliwością na premierę, a później odsuwałam moment, gdy go zobaczę. Obawy o moje reakcje były silniejsze niż wszystko inne. Po siedemnastu dniach stało się…


Nie będzie to kolejna recenzja filmu z dwóch powodów. Pierwszy, merytoryczny. Nie jestem krytykiem filmowym, więc mogłabym jedynie pokusić się o bardzo subiektywną ocenę opartą o mój gust, wyobrażenia i oczekiwania. Drugi powód to osobisty i emocjonalny odbiór filmu. Mój Dziadek pochodził z Wołynia. Rodzice Dziadka i Bliscy zostali zamordowani na Jego oczach. I choć nigdy nie usłyszałam całości tej tragedii, to wiedziałam, czego mogę spodziewać się po filmie. Dziadek chyba długo nie opowiadał o tej tragedii, przynajmniej przy wnukach. W zasadzie dopiero od pewnego momentu zaczęłam słyszeć strzępy opowieści o rodzinnych losach. Zawsze było to maksymalnie kilka zdań, bo więcej nie udawało się Dziadkowi opowiedzieć. Słowa grzęzły mu w gardle, głos zaczynał się łamać, a oczy wypełniały się łzami. Nigdy nie mogłam na to patrzeć. Wychodziłam z pokoju i w milczeniu klęłam. Dlaczego? Bo uświadamiałam sobie, że nie mam pojęcia, co Dziadek widział, skoro 70 lat po masakrze tak reaguje… Nigdy też nie pytałam Dziadka o szczegóły, bo nie chciałam wywoływać u Niego „tych” emocji. Nie chciałam, aby znów przypominał sobie, jak zamordowano najbliższych. A zamordowano Ich w okrutny sposób, którego Wojciech Smarzowski nie pokazał. Na szczęście.

Idąc na film byłam więc z pewnością innym widzem niż statystyczny odbiorca „Wołynia”. Historia rodziny pogłębiana lekturą wielu tekstów, dała mi wiedzę i świadomość tego, co tam zaszło. Szłam na film będąc po lekturze licznych recenzji, zarówno tych wychwalających film, jak i tych, które krytykowały czas powstania obrazu, sposób prezentacji tragedii czy w ogóle podważały jego sens.

Spodziewałam się, że mogę pęknąć i będą łzy. Były. Kilka razy. To, co mnie samą zadziwiło, to momenty, w których nie dałam rady i płakałam. Nie były to chwile, gdy pokazywane były sceny ludobójstwa. Wręcz przeciwnie. Tutaj wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Wojciech Smarzowski pokazał mniej niż można było spodziewać się po lekturze krytykujących film recenzji. Moje łzy były w innych momentach. Były to chwile, gdy widziałam obrazy miłości, czułości, szacunku, zabawy, radości i smutków, takiego zwykłego i codziennego życia. Tego wszystkiego, co my w większości mamy lub możemy mieć, a co zostało odebrane ofiarom zbrodni i tym, którzy w cudowny sposób przeżyli. Pierwszy raz pomyślałam o moim Dziadku jako o człowieku, który miał niesamowite szczęście przeżycia tej rzezi. Ale chwilę później zderzyłam się z refleksją, że łatwiej byłoby być zabitym niż żyć z widokiem rzezi najbliższych…

Były też łzy przy scenie, gdzie pojawia się jedna z ukraińskich pieśni. Nigdy nie byłam na Wołyniu, ale byłam na Ukrainie wiele razy i musiałam słyszeć ją podczas pobytów, bo już po pierwszych dźwiękach moje wspomnienia powędrowały do miejsc, które jeszcze pamiętam. Słysząc tę pieśń w filmie zrozumiałam, że pewnie jako młody chłopak słyszał ją też mój Dziadek. A później stała się ta tragedia…

Płakałam przy scenie mordu w kościele. Nie z powodu brutalnych scen, bo znów nie odebrałam ich w ten sposób. Nad moimi Pradziadkami znęcano się w kościele, który później został podpalony. Kościół był pełen ludzi, w większości jeszcze żyjących. Nie opiszę jak się znęcano, choć kilka razy Dziadek wspominał o tym… Smarzowski pokazał więc w filmie kościół i zabitych, a ja widziałam tam Pradziadków… i Dziadka, który z ukrycia wraz z siostrą i bratem przygląda się zbrodni. A później razem uciekają.

Były recenzje, które krytykowały W. Smarzowskiego za epatowanie obrazami zbrodni. Może to, co napiszę kogoś urazi, ale mam inne wrażenie. Były sceny zbrodni, ale nie odebrałam ich jako drastyczne, ponieważ przyrównywałam je do opowieści Dziadka. Wiem, że nie każdy ma takie doświadczenia. To, co pokazuje film jest naprawdę jedynie wycinkiem zdarzeń, które miały miejsce na Wołyniu. Delikatniej nie można było tego pokazać. Mocniej można było, ale dobrze, że tak się nie stało.

W żadnej z czytanych recenzji nie znalazłam opisu sceny, która mną szczególnie wstrząsnęła. Tak bardzo, że łapałam się na chęci potrząśnięcia główną bohaterką i wykrzyczeniem jej: „Kobieto, odwróć się i weź swoje dziecko za rękę!” Dłuższą chwilę na mogłam zrozumieć, jak matka może iść przed siebie nie zwracając uwagi na dziecko idące za nią. Nie myśląc o tym, czy ono jeszcze idzie, czy jeszcze tam jest. Miałam odruch uchwycenia rączki małego dziecka i pilnowania, aby nic mu się nie stało. Nie docierało do mnie, że matka może działać jak automat, wyłączyć emocje, zapomnieć o największej miłości, zapomnieć o dziecku. I wtedy przypomniałam sobie słowa Dziadka, który wiele razy powtarzał: „Nigdy tego nie zrozumiecie”. Nie zrozumiemy, możemy jedynie próbować.

W kilku recenzjach znalazłam zastrzeżenia odnośnie wizerunku Ukraińców stworzonego przez W. Smarzowskiego. Wizerunku, który rzekomo pokazuje Ukraińców jako bestie. Nie zgodzę się z tym. Jest pokazana zbrodnia i są pokazani Ukraińcy jako jej wykonawcy. Ale nie jest to pełen obraz Ukraińców przedstawiony w filmie. Jest przecież pokazany Ukrainiec, który zabija swojego brata Ukraińca, aby ratować żonę Polkę. Jest też w filmie pokazana sytuacja zabicia Polki przez Polaków, tylko dlatego, że poślubiła Ukraińca. Nie mamy więc obrazu Ukraińców jako jedynie zbrodniarzy zabijających Polaków. Mamy też obraz Ukraińców jako tych, którzy w imię miłości zabijają „swoją krew”. Mamy natomiast pokazaną tragedię rodzin i sąsiadów. Tych, którzy żyli obok siebie i ze sobą, a później stali się ofiarami i katami…

Czy ten film pomoże pojednać się? Nie, ponieważ do pojednania potrzebna jest świadomość tego, co zaszło. Dopóki strona ukraińska nie zaakceptuje wydarzeń sprzed 73 lat, nie przyjmie do świadomości faktu ludobójstwa, nie ma szans na pojednanie. I nie myślę o świadomości na poziomie władz, ale świadomości społeczeństwa. Nie można mówić o pojednaniu, gdy fakt ludobójstwa jest wypierany i racjonalizowany.

Czy film pojawił się w złym momencie? Nie wiem. Nie wiem, czy na takie filmy jest „dobry” lub „zły” moment. Wiem, że film pojawił się zbyt późno i chyba w ostatnim momencie. Powoli odchodzą świadkowie zdarzeń masakry wołyńskiej… Mój Dziadek zmarł w czerwcu 2015 i nawet nie wiem, czy wiedział, że taki film powstaje. I tak nigdy nie zobaczyłby. Nie mógł mieć styczności z niczym, co wiązało się z rzezią wołyńską. Mimo upływu lat obserwowałam emocje tak świeże, jakby to było wczoraj…

Czy warto zobaczyć „Wołyń”? Tak.
Trwa ładowanie komentarzy...