"Tępy notariusz" i "grube ryby", czyli jak pod śmietnikiem debaty publicznej przykrywa się mizerię tak zwanej polityki

Nigdy nie spodziewałam się, że napiszę najpierw post na Facebooku, a teraz wpis na blogu, będący jakąś formą obrony Prezydenta Andrzeja Dudy (PAD). „Jakąś formą”, ponieważ osoba Prezydenta jest jedynie-aż przyczynkiem wpisu, a kto mnie zna, wie, że PAD nie jest Prezydentem spełniającym moje oczekiwania jako wyborcy. Kilka razy publicznie komentując wizerunek PAD, oceniałam krytycznie. Ale staram się oddzielać krytykę od hejtu, który przecież jest formą agresji. Jak zaznaczyłam ten wpis nie będzie o Prezydencie, choć będzie dotykać jego osoby. Wpis ten będzie raczej krytyką tego, co określamy jako „politykę”, a co chyba coraz częściej nie powinno być tak nazywane.

Zaczęło się od tego…

Niby nic wielkiego, ponieważ nie po raz pierwszy PAD został nazwany notariuszem rządu czy notariuszem Prawa i Sprawiedliwości. Ale gdy zobaczyłam tę informację w serwisie PAP, moje refleksje popłynęły ku polskiej klasie politycznej. A może ku brakom klasy politycznej…
Określenie „tępy notariusz rządu” jest określeniem ocennym, o konotacji pejoratywnej i pozbawionym warstwy merytorycznej, czyli w myśl wielu definicji może być uznane za hejt. Rzeczą bulwersującą jest fakt, że słowa te zostały wypowiedziane w odniesieniu do Prezydenta Polski nie przez emocjonalnie zapędzonego w dyskusji online anonimowego internautę, ale szefa jednej z partii opozycyjnych. Gdy umieściłam ten screen na swoim wallu na Facebooku, rozgorzała dyskusja. Argumentami przyznającymi „prawo” takiej formy oceny PAD stały się jego działania – argumentowano, że przecież sam na to zapracował, bo jest notariuszem rządu, bo podpisuje wszystko, co mu się podłoży i tak dalej.
Nie wchodząc w dyskusję na temat jakości działań, próbowałam przywracać ją na teren „jakości” wyrażania ocen. Miałam wrażenie, że wielu dyskutantom nie robi to różnicy, a dla części tak ostry styl jest właściwym.


I wtedy pomyślałam sobie, że nie chcę tak. Z pewnością moja refleksja związana była z weekendowymi zajściami w i pod Parlamentem. Wskutek działań Marszałka Sejmu (PiS) i wykluczenia jednego z posłów (Nowoczesna) opozycja rozpoczęła blokadę mównicy sejmowej. Marszałek przeniósł głosowanie do Sali Kolumowej. Pojawiły się informacje, że posłowie opozycji mieli problem z wejściem na salę, że nie było kworum, że podpisy uzupełniane po fakcie głosowania naruszyły regulamin. Sytuacja w Sejmie znalazła swoje odbicie pod Parlamentem, gdzie zaczęli gromadzić się ludzie protestujący przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Weekend upłynął pod hasłami walki o wolne media, gdyż ten sam Marszałek zapowiedział „uregulowanie” zasad pracy dziennikarzy na terenie Parlamentu.

Można więc pomyśleć, że były podstawy do krytycznej oceny, ale czy było uzasadnienie mowy, którą można określić jako hejt? Jaki to miało sens? Co miało rozwiązać i na kogo miało zadziałać?
W mojej opinii nie ma takiego prawa. Więcej, takim praktykom powinniśmy się zdecydowanie sprzeciwiać. Miałkość polskiej polityki przyzwyczaiła nas chyba już do tego, że coraz mniej oczekujemy. Coraz mniej merytorycznych dyskusji, coraz mniej realnych rozwiązań polepszających jakość naszego życia. Zamiast tego dostajemy pozory – dyskusji, pracy, sporów. Coraz więcej działań „zachowawczych”, „pod publikę”, bo przecież istotny jest wizerunek i notowania. Dlatego jeśli ryzyko, to jedynie takie, które opłaca się politykom. Nigdy takie, które zmieniałoby jakość życia wyborców.

Czego oczekiwałabym od jednego z liderów opozycji?
Tak, to pewnie będzie lista marzeń, ale skoro święta za pasem, to zamiast listu do Mikołaja wrzucę kilka marzeń odnośnie polityki i polityków.
Oczekiwałabym traktowania mnie jako osoby myślącej, która potrafi zrozumieć przekazy o wyższym standardzie kultury niż „tępy notariusz”. Mam wrażenie, że potrafiłabym zrozumieć krytyczną analizę działań PAD. Pokazanie, co zrobił dobrze/źle, gdzie złamał/uchronił Konstytucję itp. Ale merytorycznie, czyli z odniesieniami do aktów prawnych i faktów, zamiast słownika wulgaryzmów.
Oczekiwałabym od polityków pracy nad wizerunkiem poprzez realne działania, a nie pozorowanie akcji, które rzeczywiście potrafią zaangażować i rozbudzić emocje, ale efektów (w życiu wyborców) nie dają. Obserwując podczas weekendu zachowania parlamentarzystów widziałam dwa przekazy i dwa obrazy – obóz rządzący, który po wygenerowaniu chaosu postanowił pokazać zatroskaną twarz. Stąd orędzie Premier Szydło, stąd politycy większości parlamentarnej w okienku kamery wyglądający na strapionych i pochylających się nad losem Polski. Co po stronie opozycji? Przeważnie fotki uśmiechniętych twarzy z „okupowanej” – jak to określił Ryszard Petru - sali sejmowej. Chyba nie ma świadomości wagi słów i znaczenia słowa okupacja. Szkoda, bo słowa tworzą przestrzeń. W zasadzie obserwując Ryszard Petru podczas weekendu zastanawiałam się, kiedy sam się internuje, a następnie wrzuci na Twittera fotkę potwierdzającą ten fakt. Tak, jestem cyniczna, ale takie zachowania bardziej przypominają mi protesty grup społecznych nie mających wielkiej siły oddziaływania na politykę, a nie parlamentarzystów.

Być może politycy nie mają świadomości, jak sformułowania typu „tępy notariusz” i podobne, potrafią działań na otoczenie. Z pewnością podważają autorytet Prezydenta kraju i od razu zaznaczę, że wśród wielu typologii „autorytetu” jest ich kilka. Potocznie najczęściej odnosimy się do autorytetu określanego jako „autorytet wypracowany”, czyli związany z osobą poprzez jej pracę, zaangażowanie i pozytywne/negatywne relacje z otoczeniem. Ale przecież poza taką formą autorytetu jest również „autorytet formalny” związany z pełnioną funkcją. Oznaczać to powinno tyle, że nie muszę okazywać szacunku, jeśli nie oceniam działań pozytywnie, ale powinnam okazywać kulturę. Niewiele jest rzeczy gorszych niż burzenie tego typu instytucji, a później zastanawianie się, dlaczego o nas źle mówią. Właśnie dlatego, że nie potrafimy lub nie chcemy krytykować, tylko hejtujemy.

Takie szafowanie epitetami typu „tępy notariusz” przez osoby publiczne niebezpiecznie przesuwa granice. Dziś lider opozycji nazwie PAD „tępym notariuszem”, jutro zrobi to internauta. Za chwile okaże się, że określenie to stanowi część języka przestrzeni publicznej. Kiedyś zgrzytaliśmy na „swetr”, ale to było kiedyś. Dziś „tępy notariusz” to określenie na Prezydenta Polski. Nie zgrzytało Ryszardowi Petru? Mi zgrzyta, mimo, że miłością do PAD nie pałam.

Idąc dalej. Jeśli Prezydent Polski jest „tępym notariuszem” to może można wyśmiać go lub wyzwać w sytuacji publicznej? A może lepiej obrzucić jajkami? Może coś gorszego? Prowokacja? Nie, ale warto pamiętać, że agresja fizyczna nie bierze się znikąd. To skutek małych kroków agresji, na które wyrażamy zgodę. Dziś agresja online, jutro werbalna offline, kiedyś fizyczna offline. Małe przyzwolenia budują skutecznie. Metoda małych kroków, ale w niebezpiecznym kierunku.

Nie sięgając daleko. Dziś rano na Facebooku wyświetliła mi się grafika partii Razem (poniżej). Automatycznie pojawiła się refleksja: Czy Panowie, przedsiębiorcy, uznani za partię Razem za „grube ryby” (prawie jak z "Ojca chrzestnego"), wyrazili zgodę na użyczenie swojego wizerunku? Czy partia Razem posiada prawa autorskie do fotografii, z których wykorzystano wizerunki? Czy dziś każdego i w każdy sposób można obrzucić błotem, przykleić łatkę, zniesławić? Najwyraźniej można, bo dajemy przyzwolenie. Przecież to tylko grafika, za chwilę coś innego będzie nośnym tematem. I znów nie odnoszę się do ewentualnych działań przedsiębiorców z fotografii, ale do wyrażania formy krytyki.

Zastanawiało mnie weekendowe „mobilizowanie” ludzi do przychodzenia pod Sejm lub do protestów w kraju. Posłowie żonglujący hasłami „przyjdźcie, pomóżcie”? Czy to nie wyraz bezradności? A może gra na emocjach ludzi? Jeśli posłowie czują się bezradni, to jak mam się czuć jako wyborca?
Jasne, sytuacja w kraju zmieniła się, ale przecież nie zmieniła się bez powodów. Ktoś uzyskał mandat zaufania, bo ktoś inny zawiódł i w porę nie miał ochoty zrewidować swoich zachowań. Może więc zamiast krzyczeć „oni są winni” i pstrykać kolejne foty kubeczków partyjnych mających oznaczać zjednoczenie opozycji, warto poświęcić czas na merytoryczny program i powiedzenie potencjalnym wyborcom „Co w zamian?”

Mam problem, bo zostałam wychowana w poczuciu wartości dla Polski. Kilka razy w różnych wpisach wspominałam, że losy mojej rodziny to z jednej strony tragedia ludobójstwa na Wołyniu, a z drugiej wieloletnia emigracja zarobkowa (XIX i XX wiek) w Niemczech. Nauczono mnie szacunku dla flagi, hymnu, świąt państwowych. Nauczono mnie okazywania kultury wobec funkcjonariuszy publicznych, nawet wówczas, gdy krytykuję. Nauczono mnie szanowania prawa wyborczego i uznawania go za jedno z najważniejszych moich praw. Tyle, że dziś mam problem, ponieważ nie chcę zgadzać się na politykę w stylu „głosuj na nas, bo nie jesteśmy PiS-em”. Chcę więcej: „głosuj na nas, ponieważ chcemy prowadzić politykę…” i tu argumenty merytoryczne poparte analizą i doświadczeniem.

Wiem, być może naiwne, ale tak chcę. Chcę sensownej opozycji, która będzie potrafiła krytykować z kulturą, ale gdy trzeba zrobi to boleśnie. Chcę debaty publicznej, która nie będzie biciem piany, a dyskusją o kierunkach naszego rozwoju. Chcę życia w kraju, w którym zmiana rządów nie narusza poczucia mojej wolności. W każdym zakresie i obszarze.

Teraz tego nie mam.

P.S. Uprzedzając wątpliwości – nigdy nie byłam wyborcą PiS. Moje polityczne sentymenty KIEDYŚ to centrum ciążące w kierunku PO. Dziś jestem niezagospodarowanym elektoratem rozsądnej centrowej opozycji. Jest taka?
Trwa ładowanie komentarzy...